Znak rozpoznawczy - ciepły uśmiech, cecha osobowości – wsłuchiwanie się w drugiego człowieka. Jak w jednym zdaniu opowiedzieć o Katarzynie Walentynowicz, polonistce z L LO integracyjnego im. Ruy Barbossa w Warszawie? Walentynka
Początek tego roku szkolnego dla Marty z klasy wychowawczej Kasi Walentynowicz (jakoś trudno o niej pisać Katarzyna), był końcem wszystkiego. Goniła z koleżanką pociąg, zginęła jak Zbyszek Cybulski. Mówili o niej Jaskółka, nawet ksiądz tak mówił na pogrzebowej mszy świętej. Bo taka szybka, bystra, koleżeńska. Pisała wiersze, malowała. No i ta jej pasja - latanie na szybowcach . Ojciec całe życie odwoził ją do szkoły. Aż dziewczyna się zbuntowała... Kasia: - Cały czas mam wrażenie, że Marta mi się wymknęła. Taki wstrząs... Najtrudniejsze było uświadomienie dzieciakom z mojej klasy, że życie toczy się dalej. Powiedziałam im szczerze, że nic z tego nie rozumiem, że to bez sensu. I tak pochlipywaliśmy wspólnie na lekcji. Paradoksalnie trauma nas zbliżyła.
Uwierz w siebie
Następnego dnia po uroczystościach na Zamku Królewskim związanych z nominacją polonistki do tytułu Nauczyciel Roku 2006 był pogrzeb Jaskółki. Kasia nawet nie nacieszyła się wyróżnieniem Nadzieja Edukacji. A tak do niej pasuje - też ciepłe, pozwalające w siebie uwierzyć i... dające nadzieję. Bo polonistka sprawia, że uwierzył w siebie już nie jeden uczeń. Tak jak trzecioklasistka na wózku inwalidzkim Magda. Niemal przez cały rok pracy na lekcjach polskiego w ogóle się nie odzywała, chyba że pytana. I nagle Walentynowicz zagadnęła: Magda, może chciałabyś wyrecytować wiersz na koncercie podsumowującym konkurs im. Jacka Kaczmarskiego? Dziewczynę zamurowało. Z oporami, ale się zgodziła. Choć wszyscy pukali się w czoło, że tak długiego tekstu się w życiu nie nauczy na pamięć, nauczyła się, godzinami ćwiczyła z ojcem, a potem powiedziała wiersz tak, że słuchających zamurowało. Najpierw się zacięła. Lecz kiedy usłyszała ciepły głos pani Kasi: zacznij od początku, Madziu, poszła jak burza. Od tamtej pory to, co jej powie polonistka, jest dla niej święte. Magda: – Mało osób ma do mnie cierpliwość. Uparta jestem. Ale pani Walentynowicz też uparta, w dwie minuty potrafi mnie przekonać niemal do wszystkiego, co wiąże się ze szkołą: że stać mnie na lepsze napisanie klasówki, że tekst zrobić mogę dobrze. A jak marudzę, że nie zdam matury, słyszę tylko: i kto to mówi?! Ty, Madziu, nie zdasz?! Dzięki niej wiem, że przy odrobinie wysiłku mogę coś osiągnąć. Myślałam na przykład, że nigdy nie przejdę przez czytanie ze zrozumieniem. I co? Tekst spokojnie dało się zrozumieć. Cenię, że profesorka jest zorganizowana i nie odkłada niczego na potem. W przypadku uczniów takich jak ja to procentuje. Ostatnio biegała do nauczycieli, by dowiedzieć się, co muszę zaliczyć, by wskutek częstych chorób, nie mieć semestru do tyłu. Nie musiała tego robić, w końcu nie jest moją wychowawczynią. Ale dla niej nie ma rzeczy niemożliwych. Dziś obiecuje, dziś robi. Z Magdą w ławce siedzi Kasia Więcka, talent odkryty siódmym zmysłem Walentynowicz. Dziewczyna jest zdolna, pisze naprawdę nieźle. Za moment jedzie na okręgowe eliminacje olimpiady polonistycznej. Przy omawianiu pracy kwalifikacyjnej (- pisałam ją tylko dla profesorki - wtrąca Kasia), polonistka jest delikatna, pyta dosłownie o każdą kropkę, każdy przecinek. Raczej sugeruje niż narzuca. - Zasługą pani Kasi jest to, że uwierzyłam w siebie – mówi maturzystka. - Jakoś w gimnazjum nikt nie pytał o moje zainteresowania, jakoś nie odnosiłam takich sukcesów. Teraz wiem, że mam robić swoje, nie zniechęcać się, rozwijać w tym, co lubię. A lubi teatr. Już dwukrotnie jechała do Krakowa w nagrodę za świetnie napisany esej oglądać przedstawienia wraz z młodymi teatromanami z całej Polski. To Stowarzyszenie Sezony Teatralne i Baletowe, organizator konkursu dla licealistów, zadbało o tak wyjątkową nagrodę. Kiedy rok temu Walentynowicz pojawiła się w szkole integracyjnej i zaczęła uczyć klasę o profilu kulturowym, nie tylko Kasia Więcka od razu doceniła jej sposób prowadzenia lekcji: bez nudy, ciągła dyskusja i burza mózgów. Dostrzegła to cała jej klasa, sami humaniści. Ale też informatycy, dziś już absolwenci, mówią o niej ciepło. Choć Marcin Grochowski zapamięta ją jako nauczyciela wymagającego, ale z sercem dla uczniów. – Nadgoniliśmy braki w materiale – podsumowuje. Humaniści szybko docenili, że każdego z nich stara się szanować. Że ludzka, ciepła, obdarzona poczuciem humoru, opowiada anegdoty, że od zagadnień związanych z literaturą płynnie przechodzi do filozofii i ogólnie pojętej mądrości życiowej. Uczy, że jeśli coś się robi, należy to robić z sercem, w zgodzie z sobą. – I co najważniejsze – mówi Kasia Więcka. - Jak z kimś rozmawia, całkowicie się na nim koncentruje. Rozumie, że czyjeś nie przygotowanie do lekcji mogło wynikać ze złego samopoczucia, czy trudności w rodzinie. To niesamowity człowiek. Doceniłam, co to znaczy spotkać odpowiedniego nauczyciela w odpowiednim czasie. Ponieważ jestem głęboko wierząca, odczytuję to jako znak. Działanie Boże, a może przeznaczenie?
Niepełnosprawny nie znaczy gorszy
Pierwszoklasista Michał z klasy wychowawczej pani Kasi porusza się przy balkoniku. Poliglota. Zna francuski, angielski, włoski. Rozmowę o wychowawczyni zaczyna od stwierdzenia: - Tryska pomysłami, każdemu stara się dogodzić. Przekonała mnie do pisania interpretacji wierszy, a ta sztuka naprawdę mi się nie udawała. Nadal nie jest dobrze, ale przynajmniej próbuję. Dla niego i kilku innych niepełnosprawnych w klasie ważne, że ich kalectwo nie jest tematem tabu, że o tym się dyskutuje na języku polskim. – Powiedziałem kolegom i koleżankom, żeby nie czuli do mnie wstrętu, żeby mnie traktowali jak normalnego. Oni natomiast zauważyli, że rzadko proszę o pomoc. Wytłumaczyłem, że w poprzedniej szkole były do mnie pretensje, że się wysługuję innymi. Oni na to: nie krępuj się. Pomożemy. Ola również porusza się przy balkoniku. Z poprzednich szkół wyniosła nie najlepsze doświadczenia. Dopiero tu spotkała się z myśleniem, gdzie można pójść całą klasą, jak dotrzeć bez przeszkód do celu. To ważne. Do kina na przykład pani Kasia zawiozła ją własnym samochodem. Nigdy wcześniej nie spotkała się z taką życzliwością ze strony nauczycieli. Zawsze była zdana na siebie i rodziców. - Dzieci zdrowe boją się podchodzić do chorych, boją się ich dotknąć w obawie, że to sprawi rozpadnięcie się kręgosłupa. Wydaje się może to dziwne, ale... Problemem również dla mnie jest, jak pchać wózek, jak wziąć kogoś na plecy. To dlatego tyle z nimi rozmawiam o niepełnosprawności. Nie chcę, by były podziały i bariery. Często intuicja mi podpowiada, co robić. Mam na przykład chłopca z problemami psychicznymi. Podchodzi i mówi: boję się. I spraw tu człowieku, żeby jego lęk zniwelować. Czasami się udaje – przyznaje Kasia Walentynowicz. - Tolerancyjna i wyrozumiała, to trzeba jej przyznać. - kiwa głową wysoki chłopak z jej klasy. Mateusz zaś docenia, że wychowawczyni daje możliwość wypowiedzenia się na każdy temat, a w poprzednich szkołach nauczyciele krzywo na to patrzyli. No i potrafi odkryć talenty. Już na pierwszej lekcji pytała o zainteresowania. Kiedy okazało się, że Ola robi świetne wydzieranki, poprosiła ją o zrobienie portretu patrona szkoły. – Nie przypuszczałam, że zostanę tak doceniona, że moja drobna pasja zostanie wykorzystana – mówi wzruszona dziewczyna. - Zrobiłam to tylko dla pani Walentynowicz. Dalej mówią o tym, że ich wychowawczyni to sprawiedliwy i dobry nauczyciel. Rzetelna i dokładna w tym, co robi. Ufna, ale nie naiwna. I o tym, że wiele osób zazdrości im takiej wychowawczyni. Hania już w trakcie „drzwi otwartych” poczuła, że pani Walentynowicz naprawdę czegoś chce dla uczniów i dobrze poprowadzi klasę.
Znaj granice
U pierwszaków w sumie całkiem niezła atmosfera. Widać, że klasa się już dość dobrze zgrała. A może to pani Kasia ma rację twierdząc, że śmierć Marty tak ich zbliżyła? Nie mają wątpliwości, że od czasu tej tragedii wychowawczyni stała się tak przeczulona na ich punkcie, że aż czasami to trochę przeszkadza. Z drugiej strony taka nadopiekuńczość mile łechce ego. Zauważają, że dla niej ważne jest, żeby błyszczeli w szkole. Starają się, by nie przynosić wstydu, nie zawieść pokładanych w nich nadziei, odpłacać dobrem za jej dobro. Marta, przewodnicząca klasy docenia wychowawczynię, która potrafi wysłuchiwać ich wyznań, w dodatku dba o pamięć o ich koleżance, a każdą lekcję zaczyna od pytania, czy nie macie jakiś problemów, na okrągło jest dostępna, także dzięki internetowi. Choć sama polonistka nie przepada za tym medium. Kasia: – Internet sprawia, że pokolenie na nim wychowane, ma poprzesuwane granice dobrego taktu. W sieci są anonimowi, mówią, co im ślina na język przyniesie, choć wiedzą, że atakowana osoba nie ma możliwości obrony. Potem takie zachowania przenoszą do szkoły. Na lekcjach mówią o wiele za dużo, czasem myślę, o rany, przecież mojej polonistce w życiu bym tak nie powiedziała. Dlatego upominam ich, słuchajcie, są granice. Aby lepiej zrozumieli, o czym mówi, przy okazji omawiania Gombrowicza, jego form i masek czy „Granicy” Nałkowskiej ze stwierdzeniem „jest się takim jak myślą ludzie, nie jak myślimy o sobie my, jest się takim, jak miejsce, w którym się jest”, dwóch chłopaków poprosiła o wyjście z klasy. reszta pisała szczerze, co o nich myśli. I co? Byli kompletnie zaskoczeni wypowiedziami kolegów. Cały czas powtarzali: wcale taki nie jestem! A sama Kasia Walentynowicz w oczach kolegów i koleżanek z pracy? Ragna Ślęzakowska, szefowa polonistów: - Ujmująca w pracy Kasi jest łatwość nawiązywania kontaktów. I nie ma w niej krztyny rywalizacji. Otwarta na pomysły kolegów, gotowa dzielić się tym, co sama wypracowała. Mimo wielu ubiegłorocznych sukcesów nie wzbudziła zazdrości. Bo też przy znakomitych kwalifikacjach nigdy się nie wywyższa: popatrzcie, jestem najlepsza. Zjednuje ludzi uśmiechem, delikatnością. Na forach internetowych uczniowie nazywają ją „nasza Walentynka”. Wiesław Włodarski, dyrektor L LO: - Widzę, jak doskonałe ma kontakty z uczniami. Nie pokazuje emocji nawet negatywnych, co u nauczyciela jest cenne. Bo co z tego, że się wydrze na dzieciaków, skoro potem nie osiągnie celów lekcji? Dobrze mi się z nią gada, bo sytuacje przedstawia w rozsądnym świetle. Kiedy ja wybucham, ona tonuje. To mądra kobieta i dobry nauczyciel. Sama o sobie, o swoim życiu osobistym, mówi raczej niechętnie. Oprócz dwóch wspaniałych córek, Klaudii i Julii, ma równie wspaniałego męża, który ściąga ją z obłoków, bo racjonalista. Kropka. No może jeszcze zdradzi, że poznaje uroki bycia nauczycielką i jednocześnie mamą dzieci w wieku szkolnym. A tak w ogóle to kocha swoje trzecie dziecko, konkurs poetycki dla licealistów „Rytmy nieskończoności” im. Jacka Kaczmarkiego. O nim może mówić godzinami. Uwielbia przecież szukać w wierszach nieobrobionych przez redaktorów, wydawców i krytyków, czegoś świeżego, ciekawych myśli na temat świata. Bo młodzież jest wrażliwa, a nie taka, jaką chcą ją widzieć media: agresywna i do niczego. A sam Kaczmarski to mag. Dla niej, polonistki, prawdziwy skarb. Często wykorzystuje jego utwory na lekcjach. Ale to już zupełnie inna bajka.
Beata Igielska
|